Rozdział pierwszy: Śnieżna ściana

Rozdział pierwszy: Śnieżna ściana

Tristan dotarłszy do ogromnego bloku śniegu przypomniał sobie o rozmowie z jednym z Metropolitanów na temat przeszkód które mogłyby stanąć mu na drodze do upragnionego artefaktu. Mieszkaniec największego, lub wprawdzie mówiąc jedynego pozostałego miasta na ziemi, które jest uważane za stolicę świata, opowiedział wtedy Tristanowi że nie wytrzyma panujących w lodowej krainie klimatów. Metropolitan, bo tak nazywa się tutaj od stulecia byłych ludzi, którzy teraz posiadają tylko okaleczoną ludzką duszę i żywią się gniewem, nienawiścią, nieszczęściem oraz porażkami nielicznych już osobników człowieczej rasy, zachęcał jednak Tristana do wykonania dzieła, jakim było znalezienie Ognia Trwałego Szczęścia. Nieludzkie byty jednak od początku żywiły niechęć do prawie wymarłej rasy, więc Tristan nie wierzył w ich prawdomówność, aczkolwiek jego lęk przed nieznanym gościł jego serce. Pierwsze co pomyślał przed śnieżną ścianą, także zrobił. Wyciągnął swój miecz i na ślepo próbował przebić się przez ścianę. Dopiero po paru sekundach dotarło do niego, że kolejne próby nie mają większego sensu i zrezygnowany obserwował dolinę w której się znajdował, myśląc co powinien w tym momencie zrobić. Usiadł przed ścianą i wyciągnął ze swojej kieszeni coś, co przypomiało mu jego wspomnienia z dzieciństwa. Były to klucze do jego domu. Dostając je od swoich rodziców czuł się odpowiedzialny, czuł że teraz ma okazję się okazać z dobrej strony. W tym wieku poznał w dawnej uczelni wielu nowych rowieśników. Nie zupełnie go zaakceptowali. Po kilku spędzonych tam latach czuł się jak jeden z nich, jak ktoś kto ma przyjaciół i może na innych polegać. Ta radość nie trwała jednak długo, ponieważ on i reszta jego rodziny, w której skład wchodzili rodzice oraz młodsze rodzeństwo, postanowiła się wynieść pod pretekstem lepszego życia. Nie do końca pogodzony z tą wiadomością Tristan został zapisany przez swoich rodziców do nowej uczelni. Przez pierwsze parę lat nie był akceptowany przez resztę ludzi, którzy dzisiaj żyją w Metropolii i płacą za swoje czyny coraz bardziej się psując. Znajdując garstke zaufanych przyjaciół, których można by policzyć na jednej dłoni, Tristan przestał częściowo obawiać się ataków obcych ludzi. Opowiadano mu już wtedy, jaka marna przyszłość ich czeka. Po uczelni będą musieli wynieść się z wioski i zamieszkać w metropolii razem z innymi bytami ich typu. Słuchając tego wszystkiego, bał się o siebie samego, o zatracenie własnej osoby. Ale w tych latach życie nauczyło go, żeby nie poddawać się z złych chwilach, ponieważ zawsze można wtedy na kogoś liczyć. Myśląc tak jeszcze dwa kwadransy, doszedł do wniosku że tutaj nikt mu pomóc nie może i zaczął iść wzdłuż ściany, która ciągnęła się przy najmniej tysiąc pięćset stóp. Idąc naprzód podniósł głowę i spojrzał w górę , nie było nic widać, mimo że według jego obliczeń zegar wybił godzinę trzynastą popołudniu. Po drodze nie można było wyczuć choć jednej żywej duszy. Tristan, idąc dalej przed siebie zauważył coś, co w tym ponurym miejscu zwróciło jego uwagę. Dopiero docierając na miejsce znalazł przejście, w którym zmieściłaby się tylko jedna osoba. Patrząc do środka, doszedł do wniosku, że to nie może być ślepy zaułek, chociaż takie robiło owe przejście wrażenie. Ciemność całkowicie pochłonęła wszelakie światło które docierało do środka. Po wejściu do przejścia, które znajdowało się w śnieżnej ścianie, Tristan nie widział nic. Szedł przed siebie, nie mógł użyć zmysłu wzroku, więc zdał się na intuicję. Po krótkim czasie nadal nie widział wyjścia. Od czasu do czasu jego drogę oświetlały świecące się kolorowo kamienie. W pewnym momencie Tristan zauważył coś, co go zaniepokoiło. Zamiast wyjścia na swojej drodze napotkał zejście. Zajrzał w dół i zdołał zauważyć przestrzeń wypełnioną całkowicie lodem. Lodem który nie tylko ochładzał temperaturę ciała ale także temperaturę jego uczuć. Wiedział że jeśli tam zejdzie to już nie zawróci. Emocje mu w tym nie pomagały. Nie miał przy sobie kogokolwiek, kto byłby w stanie mu pomóc. Posłuchał się głosu jego serca, które mówiło mu zawsze to samo.
- Nie rzucaj nadziei i szczęścia na pastwę losu. Masz kogoś, kto na stałe siedzi we mnie. Nie szukaj klucza do otworzenia moich drzwi. Szukaj Ognia.
Ten głos słyszał każdego dnia. Każdego dnia od kiedy postanowił, że chce się wybrać na spotkanie z nieznanym. Ta myśl dodawała mu otuchy, nawet w beznadziejnych chwilach. Takich jak ta. Postanowił. Ruszając naprzód poczuł jak przewraca się na ślizgiej powierzchni i spada w dół. Tristan po paru minutach się ocknął i rozejrzał naokoło siebie. Znajdował się w wielkiej grocie, w której jest tylko jedno wyjście. Zrobił kilka kroków do przodu i po chwili uderzył w twardą przeszkodę. Podniósł ręcę przed siebie i dłonią dotknął owy nowo powstały problem. Poczuł mocne zimno i natychmiast cofnął dłoń. To nie była normalna przeszkoda, to był lód tak przezroczysty, że można było zobaczyć w nim swoje odbicie niczym jak w lustrze. Na podłodze widniał słabo już widoczny napis który musiał być napisany wiele lat temu w obcym języku, który Tristan na szczęście znał. Lecz na nieszczęście ten napis oznacza ‚Labirynt’. Tristan musi najpierw rozwiązać tajemniczą zagadkę lodowego labiryntu, by znaleźć drogę do wyjścia. Domyślił się że kluczem do przejścia krętych ścieżek jest jego serce, bowiem cel wyprawy miał z nim wiele wspólnego a jedyna droga do oryginalnego artefaktu prowadzi właśnie tędy. Wiedział że jego miecz mu tutaj w niczym nie pomoże. Na broń nie może liczyć. Tylko na siebie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Opowieść i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>